Witajcie!
Coś czego jeszcze nie było, a miało tu zaistnieć. Pierwszy post z poprzedniego bloga (po 3 zmianach), może kiedyś dalsza część nastąpi. Każdy z was może tutaj ujrzeć insynuacje z różnorakich anime jak i mang, tutaj są chyba tylko dwie... No ale zapraszam do lektury, niektóre błędy zostały tu wprowadzone specjalnie, ponieważ owa postać (narracja 1 osobowa tutaj występuje) na dziwną psychikę. To wszystko napisane było na początku roku, więc styl mógł mi się nieznacznie zmienić. Zapraszam wszystkich do lektury. I chyba nie muszę wspominać, że jest całkowity zakaz kopiowania moich opowiadań?
~~
Kibole atakują! Czy tylko yakuza? cz.1
- Była ciemna noc, deszcz wybijał o szyby masz żałobny, albo weselny. Zawsze mi się mylą.- Westchnąłem zrezygnowany.
-
Zaraz wybije ci marsz żałobny!- Grupka zakapturzonych postaci, trzymała
w ręku różne dziwne przedmioty jak np. pałki, ale także z tej na oko 10
osobowej grupki byli trzej goście którzy trzymali w ręku podejrzane
puszki. Pierwszy z nich był po mojej lewej w drugim rzędzie, miał w
łapsku, które było wielkości trzech moich; trzymał ową puszkę, napis
który jakimś cudem nie uległ zniknięciu pod ręką owego dużego mężczyzny
głosił: Strong. "Dobrał se piwo które go opisuje, albo tylko zgrywa
cwaniaka, ale z takimi mięśniami raczej trudno udawać nie strong'a."-
Takie było pierwsze spostrzeżenie do niepokojącej postaci. Drugi był
najbardziej chuderlawy, miał widoczną wadę kręgosłupa i na 200% nie
skończył 18-stki, a jednak przedmiot który miał w ręku głosił tezę Żubr.
Nie skomentowałem go, ale jednak martwiłem się o jego zdrowie. "Czyżby
instynkt macierzyński?"- Pytanie zawisło w mojej głowie jak kat, który
zaraz miał mnie pozbawić jedynej rzeczy która była u mnie warta Grę o
świeczkę. Trzeci, chociaż nadal byłem skołowany własnymi myślami oczy
nadal działały mi wyjątkowo dobrze. "Dzięki Bogu!"- Kat w głowie
przestraszył się tych słów, więc mogłem ocenić czy chociaż przyswoić jak
wygląda i co ma w rąsiu owy człek ma. Trzeci stał pod latarnią i jako
jedyny z Przyjaciół Butelki miał coś prócz puszki, mianowicie trzymał
ciupagę, a sam mężczyzna przypominał górala, trzymając w ręku na
dokładkę puszkę z lub od Harnasia. I każdy z nich miał szalik od
jakiegoś klubu czy coś.
I w tedy przerażająca prawda mnie
dosięgnęła. "KIBOLE!" Oczy moje mało co mi nie wypłynęły poza biedne
oczodoły. Strach tak mnie sparaliżował, ale gdyby stan trwał trochę
dłużej pewnie im bym się znudził i by mnie zlali tak bardzo, że by mnie
własna matka nie poznała, ani pies! Musiałem z tego wybrnąć. Przecież
jestem Sprzątaczem Miesiąca Na Stadionie Miejskim w Orzeszku Środkowym! A
ten tytuł zobowiązuje.
- P-panowie! C-czemu zaczynać od razu od
takiej nie miłej s-sprawy!- Nie potrafiłem do końca ukryć
zdenerwowania.- A-a czy p-przypadkiem nie powinien najpierw zabrzmieć
Marsz W-weselny?- Zapytałem podchwytliwie, bo mój zastępca i kolega
mówił, że przyjaciel jego przyjaciela, a koleżanka jego dziewczyny czyli
siostra od matki ojca szefa McDonaldu w Orzeszku Wschodnio-Południowym,
mówiła, że Kibole są głupi i nie wiedzą co to parabole ani jak wygląda
ich taniec, co mnie trochę zmartwiło, bo powinni to przeżyć sami w
gimnazjum, ale jak widać na przykładzie jednego z Przyjaciół Butelki o
pseudonimie I'd love Żubr, a w skrócie Żubr, który pewnie był w
gimnazjum jak się domyślam w Ogólno Defraudującej Szkole dla Idiotów
nr.-1 w Orzeszku Południowym lub jak kto woli w Orzeszku Dolnym.
- No niby masz rację...- Szef który dzierżył jakiegoś Belzenefa na ręku, pluszowego made in China.
-
Niech Mrs.0 go nie słucha! Bo jak giną niemowlęta i dzieci, nastolatki i
niektórzy młodzi dorośli, dorośli i emeryci nigdy tego marsza nie
słyszeli!- Jakim cudem się domyślił? I jeszcze jego angielska wymowa
"0". Z czymś mi się kojarzy owy zwrot:"Mrs.0", ale teraz nie mogę sobie
przypomnieć, ale czemu ten kolo z pałką tyle wie? C-c-czekaj no
chwilunię... On wypił RedBula, ze starterem w Play!
- Ty chciałem
mnie Krokodyla tego miasta oszukać?!- Coraz bardziej zaczęło mi świtać,
ale nadal nie pamiętam z czym kojarzy mi się to zero i ten krokodyl...
- Ale ja sam tego nie widziałem, drogi Krokodylu!- Trzeba jakoś przeżyć.
- Skąd wiesz jak się nazywam?!- Wkurzył się, że aż para w tą jesienną noc zaczęła wydobywać się z niego.
- Sam mówiłeś.
- Zapomnij o tym imieniu!- Odwrócił się na pięcie.- My cię jeszcze znajdziemy!- Odszedł.
- Wezmę ciacha i kawa, o szanowny Mrs.0.- Ostatnie 2 wyrazy powiedziałem za głośno...
- Bierzcie go do Fantoma!- Wkurzył się Krokodyl.
- A nie przypadkiem Phantoma?- Zapytał się koneser Harnasia.
-
Jak zwał tak zwał, żeby mieć takie pokichane nazwiska... A wy co tak
sterczycie? Nadal nie rozumiecie? To może powiem tak: Zabierzcie go do
jednookiego dzieciaka z przyrostem ego i do jego nienormalnej chałupy ze
zbitki drzewnej.- Ostatnie zdanie powiedział z taką przymilnością jak
do ludzi inteligentnych inaczej, oni radośnie odkrzyknęli jakieś
niezrozumiałe zdanie unosząc dziwne przedmioty wraz z ręką do góry, a na
tych rzeczach było napisane BW. Czekajta no ludzie BW! Te BW?! I ten
Jednooki z przyrostem ego?! W tamtej chwili skończyły się moje
przemyślenia, bo oberwałem czymś lub od kogoś i straciłem przytomność.
***
W owym miejscu w którym obecnie się znajduje jest ciemno, morko i
wilgotno. A nie mam tylko zamknięte oczy, ale te dwa inne określenia
pasowały. Gdy otworzyłem oczy blade światło przedzierało się przez
zasłonę. Leżałem na granitowej podłodze. Usiadłem i to był błąd.
Poczułem silny ból i inne dziwne odczucia, które świadczyły o tym, że
sobie coś zrobiłem w głowę. I w tej chwili trafiłem w dziesiątkę. Moją
głowę otaczał bandaż, który mocno owijał moją głowę. Wzrokiem omiotłem
pokój, lecz nie chciałem, żeby moja głowa się ruszała. Przy każdym ruchu
bardzo bolała, musiałem z czegoś ciężkiego oberwać. Mam nadzieje, że
Mrs.0 nie przywalił mi ze swojego Belzenefa, bo nigdy nie wiadomo co
Chińczycy upychają to tych zabawek made in China. Nadal zmartwiony nie
zauważyłem gdy ktoś wchodził do pokoju.
- Widzę, że się już
obudziłeś.- Aksamitny głos bez jakichkolwiek emocji zabrzmiał za moimi
plecami. Postać nie czekała na odpowiedź tylko postawiła na stoliku
jakąś tackę. I wyszedł. Odwróciłem głowę, ponieważ poczułem zapach
jedzenia. Nie zważając na ból i inne dziwne uczucia zaczęłam jeść.
Nie skończyłem jeszcze jeść, a znowu ktoś/coś (niepotrzebne skreślić)
zaczął mi przeszkadzać. Stare drzwi zaskrzypiały i w nich stali
Przyjaciele Butelki. O dziwo byli bez swych najlepszych kumpli butelek.
Nadal jadłem czekając aż oni zaczną, nie mam zamiaru ich witać jak przed
tym rozpapciali mi tył głowy. Co oni sobie kurde wyobrażają? Ja się
pytam! Nadal konsumując bliżej nieznane jedzenie, które pewnie były
jakimiś słodkimi bułkami, albo czym innym. Popsuli mi chyba też mózg. A
do domu to już nie łaska dowieść?
- My prze pana, przyszliśmy pana
zabrać do...- Nieletni koneser Żubra definitywnie nie umiał się
wysłowić, lecz nadal kulturalnie czekał aż dokończy. Nie doczekałem się
bo tą bardzo intrygującą i ciekawą konwersacje jednego mówcy, czytaj
monolog przerwał koneser Harnasia.
- Szefa. Przyszliśmy cię zabrać do szefa naszego szefa.- Także bardzo interesująco mi wyjaśnił.
-
Do przełożonego waszego szefa?- Podsunąłem kulturalnie, żeby te trochę
przerośnięte dzieci nauczyć kilku zasad naszego języka. "I
zapamiętajcie: powtórzenia to zUo, gdy tak robicie to siły nieczyste
przez ciebie przemawiają."- Przynajmniej tak mówiła moja nauczycielka w
klasie I szkoły podstawowej. Szkoda, bo dla niej obydwa marsze już
zagrano. Ale zostawmy moich nauczycielu w spokoju i pokoju. Nadal
czekałem na odpowiedź któregoś z Przyjaciół Butelki. Aż w końcu po
minucie, a może to tylko były najdłuższe 5 sekund w ich życiu? Tylko
czemu w moim musiały cztery razy więcej czasu minąć?
- No tak.- Odpowiedział koneser Harnasia.
-
Nie mam zamiaru marnować czasu na filozoficzne gadki tego faceta,
bierzcie go do szefa!- Zjadacz Stronga był najbardziej rzeczowy i łatwo
się niecierpliwił, ale to zmieniało faktu, że nie dokładnie się
wypowiadał. Ej czy on moje nauki językowe nazwał filozofią? Zmarła
nauczycielka miała miała rację, bo przez 3 lata powtarzała mi tylko:"Ty
tylko filozofujesz i filozofujesz, a pracy domowej jak nie masz tak nie
masz!" Ale moja wina, że tata kochał zwierzęta, a zwierzęta kochały moje
prace domowe, więc nigdy ich nie miałem. Chociaż ładnie filozofowałem!
-
Do przełożonego.- Poprawiłem podchodząc do nich. Miałem z nim sobie do
pogadania, bo to jego ludzie z niby mózgami zrobiły mi jak najbardziej
prawdziwą krzywdę!
- Tak, Przełożonego.- No przecież mówię. Drażliwy
jakiś. Pozwoliłem się wyprowadzić, w miejscu w którym mnie przechowywali
musiało być światowym zabytkiem. Z moją ciekawością nawet ja nie
wygram, zaciekawiony miejscem i tym, że 'studiuję' historię domów
zagaiłem do konesera Harnasia.
- Ten budynek musi być stary.
- Oczywiście, że tak. Jest nawet starszy od Przełożonego!- To chyba normalne... I czegoś go przynajmniej nauczyłem.
- Serio?- Postanowiłem się dostosować do ich toku myślowego, co wcale nie było łatwe.
-
Oczywiście, że tak!- Ma gość swoje powiedzonko, utożsamił się z nim.-
Ten stary budynek wybudowali pod koniec 1800 roku!- Że aż prosi się o
"Wow!" Oj odmóżdżają mnie.
- W XIX wieku?
- No przecież mówię, nie słuchasz?- Widać nie potrafił rozróżnić roku od wieku.
-
Skończcie trajkotać jak baby na bazarze przy stoisku z gaciami!
Jesteśmy już na miejscu.- Zjadacz Stronga na prawdę był drażliwy i jaki
niemiły. Ale miał racje staliśmy przed wielkimi drzwiami, takich to
nawet na stadionie nie znajdziesz. Chuderlak zastukał w drzwi, lecz nie
było reakcji, wkurzony Zjadacz odepchnął go w tył z wiązanką przekleństw
w podzięce. Uderzył kilka razy w wrota, które od razu się utworzyły.
Przyjaciele Butelki stali za mną, Strong popchnął mnie do przodu, reszta
pewnie szła za nim. Bali się swojego szefa. A może to była mafia?
"YAKUZA?!"- To też była możliwość, że aż zabrakło mi tlenu i innych
dziwnych składników powietrza w płucach.
Sala była średniej
wielkości, marmurowa posadzka odbijała moją postać jak i innych ludzi
zgromadzonych w tym pomieszczeniu. Jeżeli były jakieś tu okna to
zasłaniały je długie zasłony, które wisiały na ścianach, które wyglądały
na zrobione z granitu. Mebli nie było tu wcale oprócz wielkiego
krzesło-fotela, które można było spokojnie nazwać tronem. Stał także
stół przed majestatycznym siedziskiem, był bardzo długi na oko ponad 4
metry długości, a na nim znajdowało się bardzo dużo słodkiego jedzenia.
Obydwa meble stały do mnie tyłem, przez co nie widziałem czy ktoś jadł
te słodkości czy nie.
Ominęliśmy drzwi, przy których stali
odźwierni? Czy jak tak się nazywają goście co otwierają drzwi, ale było
ich dwóch. Razem ze mną w pokoju było sześć osób, czy wreszcie poznam
Siódmą, Przełożonego?